2010 WYJAZDY


 07 lip - 26 lip 2010 

Wyprawa miała miejsce między 7 a 26 lipca 2010 roku. Celem było zwiedzanie rowerem pięknej Sardynii, oraz odpoczynek na słonecznych plażach, słońca, bowiem tu nie brakuje.

PRZYGOTOWANIE

Można przebyć całą trasę z Polski do Włoch na rowerze, ale dla tych, którzy mają mniej zbyt wiele czasu polecam samolot, choć ogranicza to wielkość zabranych zapasów. Bilet w dwie strony, odpowiednio wcześniej zarezerwowany w tanich liniach, to koszt około 600 złotych. Rower rozebrany i zapakowany w dużą sakwę na rower, zakupioną w Internecie ( około 200 zł.), i nadany, jako sprzęt sportowy o wadze do 35 kg, resztę bierzemy, jako bagaż podręczny. Warto zwiedzić spokojnie Rzym, więc rezerwujemy Hostel na 1 dobę lub więcej – od 10 do 20 euro, zależnie od standardu. Na wyspę podróżujemy promem z Civitavecchia, wychodzi najtaniej. Bilety można zabukować przez Internet w cenie 30 euro od osoby plus rower, miejsce na pokładzie. Prom jest ogromny i bez trudu można zakupić bilety na miejscu w terminalu, jeżeli lubimy luźno podróżować, bez terminów. Tak, więc musimy przygotować około 1000 złotych na wstępne zabiegi. Dochodzi zakup butli gazowej w Rzymie, bo przecież będziemy gotować zupki.





RZYM WIECZNE MIASTO



Lotnisko Ciampino usytuowane jest na peryferiach miasta, dojazd do Hostelu nie obędzie się bez mapy, w którą musimy się zaopatrzyć. Stosuję od wielu lat z GPS firmy Garmin 60cx, trasę przygotowuję w domu, więc osiągam cel bez większych problemów. Przejeżdżając koło wejścia do metra, warto zatrzymać się i zakupić w kasie całodzienny bilet komunikacyjny za 4 euro, z którego później będziemy korzystać. W Hostelu otrzymujemy mapkę miasta z naniesionymi atrakcjami do zwiedzania, oraz informacje o sposobie dojazdu. Konieczna podróż autobusem i przesiadka do metra. Środkami tymi podróżuje mnóstwo ludzi i jest zupełnie bezpiecznie. W autobusie jest kasownik gdzie za 1 euro można zakupić bilet, no, ale my mamy już bilet strefowy nabyty wcześniej. Metro sprawnie zawozi nas do Colosseum, gdzie zaczynamy zwiedzanie, niedaleko Foro Romano, jest, co oglądać.




Drugiego dnia opuszczając Rzym obejrzymy to, co nie zdążyliśmy odwiedzić wczoraj. Jednak wcześniej długo szukamy upragnionej butli gazowej. Cel znajduje się na Via Nomentana, jednej z głównych ulic, tylko, że trzeba wyjechać na przedmieście, do numeru 1080. Znajdziemy sklep ze sprzętem turystycznym, dobrze zaopatrzony we wszelkie rodzaje butli do naszych palników. Pora na atrakcje, zatłoczonymi ulicami miasta przebijamy się do Foro Traiano, Fontanna di Trevi, aby na końcu odwiedzić Watykan. Do Civitavecchia jest do przejechania 80km, warto, więc dobrze rozplanować dzień, aby zdążyć na czas odjazdu. My mamy prom następnego dnia, kierujemy się, więc do Ostii, antycznego miasta portowego, położonego w ujściu rzeki Tyber do Morza Tyrreńskiego, około 30 km na zachód od Rzymu. Pomimo na wjeździe do miasta znaku o zakazie rozbijania namiotów, znajdujemy ustronne miejsce na pierwszy nocleg na dziko. Nasze wieczorne rozmowy zakłóca samochód parkujący nieopodal. Jest już ciemno i nie widzą dostrzegają nas, zachowujemy ciszę. Przybysze też zaczynają rozbijać namioty. Rano widzę samochód, no oczywiście z polską rejestracją, jaki ten świat mały.





PIERWSZE DWA DNI PORÓŻY


Do Civitavecchia docieramy przed czasem. W klimatyzowanym terminalu biletowym odświeżam się w toalecie i przygotowuje do promu. Konieczn długa kurtka, bo na pokładzie hula wiatr, no i coś do picia. Po pięciu godzinach startujemy w Golfo Aranczi, jako, że już po dwudziestej znajdujemy zaciszną zatoczkę, gdzie rozbijamy nasze namioty i kąpiemy się po raz pierwszy w morzu. Rano na śniadanie bułki z wędliną, przed pobliskim sklepem. Obieramy kierunek na Costa Smeralda (Szmaragdowe Wybrzeże), które otrzymało nazwę od koloru morza. Zaczynają się małe podjazdy. Cudowne morze i wspaniałe widoki, słońce coraz mocniej zaczyna przygrzewać. Porto Cervo to znany zakątek dla świata milionerów. Potężne jachty motorowe cumują przy nabrzeżu, widać wspaniałe wyposażenie wnętrz. Dla schłodzenia kąpiel w morzu i ruszamy dalej. Upał zatrzymuje nas przy każdym sklepie, zimne napoje przez chwile dają ukojenie. Odbijamy od wybrzeża w kierunku miasta Arzachena, aby zobaczyć Nuraghe la Prisciona. Nuraghe jest rodzajem starożytnych megalitycznych budowli kamiennych, dziś zaczęło być symbolem Sardynii i jej szczególnej kultury. Wstęp 3,5 euro, obok można zobaczyć Tomba de Giganti( kolejne 3 euro), zbiorowe groby były charakterystyczne dla okresu Nuraghic. Śpimy w krzakach koło drogi. Pobudka o 6 rano, kierunek Palau, aby dalsza podróż kontynuować wzdłuż brzegów wyspy. Po godzinie dwunastej praktycznie nie da się już jechać. Jako, że to dzień meczu o trzecie miejsce Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, zatrzymujemy się na campingu ( 14 euro), aby zobaczyć mecz w telewizji, który zresztą oglądamy w towarzystwie poznanych Polaków.




W POSZUKIWANIU BIWAKU


Sardynię zapamiętam z powodu napisu umieszczanego we wszelkich możliwych miejscach „divieto di caccia”, oraz ogrodzeń, uniemożliwiających znaleźni dogodnego miejsca na nocleg. Zainteresowani spaniem na polach namiotowych lub domach z agroturystyką zniechęcą ceny od 20 euro za osobę w wzwyż. Większość, jak nie wszystkie tereny są prywatne. Liczne hodowle owiec powodują, że wszędzie natkniemy się na płoty, wały z kamieni, siatkę, lub gęste zarośla. Pomimo tych niedogodności zawsze coś się znajdzie.





Na osiemnaście noclegów, szesnaście było na dziko, jeden na Campingu z powodu meczu i raz w hotelu w wyniku poważnej awarii sprzętu. Na miejsce nad morzem lub plaży raczej nie ma, co liczyć, w dogodnych punktach widnieją zakazy. W sumie tylko dwa razy nocowaliśmy nad zatoką i to w tym samym miejscu, na starcie i końcu podróży, w Golfo Aranchi. W przydrożnych krzakach, najlepiej na połączeniu większych dróg, można znaleźć niezłe schronienie. Tak nocowaliśmy dziesięć razy. Najlepszy był zjazd z drogi SS131 na SS29. Rozbiliśmy się w zakolu w gąszczach, na szczęście było już ciemno. W nocy jednak atakowała mnie fretka, chodząc po górze namiotu, nic nie robiła sobie z moich odznak niezadowolenia. Innym razem o piątej rano nad nasze namioty, ukryte w lasku, nadleciało stado kruków, potężnie hałasując przez około piętnaście minut, dokładnie nad naszymi głowami. Hitchcock się przypominał, jako żywo. W jednym przypadku zostaliśmy przyłapani na wtargnięciu do gaju wydającego się na opuszczony. Właściciel przyjechał na skuterze. Udało się jakoś dogadać, że jestem kontuzjowany i nie możemy chwilowo dalej jechać, zgodził się na namioty. Sardynia ma sztuczne jeziora i nad jednym z nich o nazwie Tirso postanowiliśmy się także zatrzymać. Dotarcie jednak nad wodę poprzedziło wielkie przedzieranie się przez zarośla. Przydrożne kanały to także zaciszne miejsca, gdzie gościliśmy dwa razy.




Życie nocne na wyspie jest bardzo bujne. Wraz z nastaniem mroku zaczynają buszować koło naszego namiotu różne zwierzątka ( radzę trzymać wszystko w namiocie, zwłaszcza żywność). Wszędzie niestety tną komary, koniecznie zabrać aerozol do psikania i przed spaniem sprawdzić namiot. Nocna ciszę zakłóca również ujadanie psów, które tutaj są wszechobecne i bardzo głośne, na szczęście niepuszczane samopas. Przepasanie owiec zaczyna się o czasie, gdy wpadamy w pierwsza drzemkę. Jako, że każda ma uczepiony na szyi dzwonek nie sposób zasnąć. Tak, więc miejsce, które jeszcze wieczorem wydawało się spokojną przystanią, może zamienić się nagle w wielki koszmar. Tak było również w dwóch przypadkach, gdy okazało się, że obok odbywa się wielka impreza. Raz były to całonocne rytmy ludowe Sardynii, pięknie grali, ale nie sposób było zmrużyć oka. Innym razem była to brazylijska samba, grana na pełny regulator, bas bębnów wbijał się w uszy.