Trwała bojowa narada dotycząca przedniego koła
roweru Marcela, właśnie przedziurawiona została trzecia dętka w ten sam
sposób - wzdłuż obręczy. Znajdowaliśmy się w opuszczonej albańskiej
bazie wojskowej. Namioty rozbite na placu apelowym, w zboczach
otaczających nas gór potężne opustoszałe betonowe tunele, na ich
ścianach zauważalne plamy po spalinach uruchamianych czołgów.
Postanowiliśmy po załataniu dziur przespać się z problemem. Rano
zdjęliśmy plastikową opaskę z obręczy, zastępując ją opaskę gumową,
wyciętą z zużytej dętki, diagnoza okazała się trafna, zostałem jednak
bez rezerwowej dętki. Wyruszyliśmy z Łukaszem ruchliwą drogą w kierunku
Apolonii, Greccy koloniści z Korfu i Koryntu założyli je w ówczesnej
Ilirii w 588 r. p.n.e.
Było
to w starożytności ważne, najpierw greckie, później rzymskie, miasto
portowe z przynoszącym duże dochody targiem niewolników. Zniszczyły je
trzęsienia ziemi, obecnie morze się cofnęło i trudno dostrzec resztki
portu. Po zwiedzaniu udaliśmy się w kierunku Berat, założone w głębokiej
starożytności i zamieszkane przez Ilirów miasto. Nie doczekaliśmy się
spotkania z pozostałą dwójką, drogą SMS-ową dowiedzieliśmy się , że tym
razem pech dopadł Justynę , złapała trzy kolejne dziury w dętce,
większość czasu dnia spędzili na poszukiwaniu sklepu rowerowego w Vier.
W Berat wieczorem spacerowaliśmy miejscowym deptakiem wypełnionym
tłumami, muzułmanie mieli jakieś święto i trwały występy artystyczne.
Ktoś biegł w nocy moją stronę trzymając w ręku
małą lamkpę ledową. Trochę mnie to zaniepokoiło, przede mną jechał
Marcel z Justyną, nie widziałem już ich świateł przy rowerach, czyżby
coś się stało?. Jechaliśmy wzdłuż rzeki, kanionem o wysokich urwistych
stokach.
- Kanion widziany w dzień ---
Noc
dopadła nas na tym odludziu, poszukiwaliśmy miejsca na rozbicie
namiotów, brak widoczności skutecznie utrudniał znalezienie
odpowiedniego miejsca. Z tyłu ciągnął się niezadowolony z całej sytuacji
Łukasz, wszyscy straciliśmy kontakt wzrokowy. Wydawało nam się, że
okolica będzie pusta, niestety, co rusz dochodziły do nas odgłosy
ludzkich rozmów, sytuacja robiła się nie wesoła. Osobnik z lampką
podszedł do mego roweru, zauważyłem, że pilnie go lustruje, domyślałem
się, w jakim celu. Nie rozpoznałem lampki w jego ręku, więc się
uspokoiłem. Zapytał skąd jesteśmy i ruszył dalej. Kanion ciągnął się,
nie był jednak gościnny, postanowiliśmy po burzliwej naradzie zawrócić
do głównej drogi. Zbyt późno wyjechaliśmy z miast Kukeś, w sumie po
okolicy zrobiliśmy 20km nie znajdując odpowiedniego miejsca. Wszędzie
kręcili się miejscowi, oczywiście z lampkami, każdy czegoś pilnował,
albo maszyn budowlanych, albo sklepu. W końcu zwyciężyła koncepcja
hotelu, na wjeździe do miasta była stacja benzynowa wraz z motelem.
- Stacja benzynowa i Motel ---
Końcowa
cena 1000 leków od osoby i znaleźliśmy się w nie klimatyzowanych
pomieszczeniach, wkrótce też zabrakło wody w kranach. Nie zapomniane
wrażenia tej nocy na długo pozostaną w mej pamięci. Nazajutrz autostradą
pomknęliśmy w kierunku granicy z Kosowem. Nie istnieje droga wiodąca
obok niej, a mijani przez nas policjanci nie zwracali na nas uwagi,
zresztą i tutaj napotkać można było chodzące po niej krowy i nikt się
temu nie dziwił.
Dzisiaj odwiedziliśmy Tiranę, stolicę Albanii.
Nocleg był po raz ostatni nad brzegiem morza, na zupełnym pustkowiu nie
opodal Dures, nie obyło się bez kąpieli. Marcel z Justyną spali gdzieś u
gospodarzy, którzy zaprosili ich do siebie.
Spotkaliśmy się na drodze dojazdowej do tego portowego miasta. Poranne
śniadanie odbyło się we wspólnym gronie w przydrożnym barze, później
trochę zwiedzaliśmy. Podziwiać tutaj można starożytny amfiteatr,
zupełnie niedawno odkryty, przejechaliśmy się również nadbrzeżem.
Duży ruch i policjanci zupełnie z nim sobie niedający rady trochę nas
rozbawiły. Rondo w Albanii działa zupełnie na innych zasadach niż w
reszcie świata, nie ułatwia ruchu, lecz wręcz przeciwnie. Powodem tego
jest to, że wszyscy równocześnie na niego wjeżdżają, nie tu znaczenia,
że już jesteś na rondzie, wygląda to trochę jak rój pszczół chcących
jednocześnie wejść do ula.
Tirana ze swymi szerokimi ulicami i wydzielonymi pasami dla rowerzystów
bardzo mi się spodobała, po krótkim rajdzie jej ulicami ruszamy w
kierunku Kruje, gdzie najważniejszym miejscem jest pięknie położona
budowla warowna, w której znajduje się muzeum – Skanderbega, jednym z
ważniejszych eksponatów muzeum jest replika jego hełmu.
Skanderbeg,
to albański przywódca, powstaniec i bohater narodowy dążący do
niepodległości Albanii, stanął na czele rebelii w 1443 roku. W lipcu
1450 r. armia turecka osiągnęła liczbę 150 000 ludzi prowadzonych przez
sułtana Murada II i zaczęła oblegać Kruję, stąd nasze zainteresowanie
tym miejscem. Warownia znajduje się na sporym wzniesieniu, wstęp do
Muzeum 200 leków, dojście przez wąską uliczkę pełną kramów z pamiątkami,
gdzie kupujemy drobne prezenty. Do końca wyprawy coraz bliżej, pogoda
niezmiennie upalna, tak, więc pierwsze, co robimy po dotarciu do Shkodre
to raczymy się kuflami zimnego piwa.
Historia lubi się powtarzać, należy jednak uznać
dwukrotne zniszczenie tylnej przerzutki za wyczyn nie łatwy do
powtórzenia. Do Permet dotarliśmy rankiem, typowe albańskie miasteczko.
Dzień zapowiadał się upalnie, więc zaopatrzyliśmy się w zapasy napojów i
przed dalszą drogą posilili starym kebabem. Ruszyliśmy dalej i nic nie
zapowiadało katastrofy, gdy z tyłu dobiegło mnie wołanie Łukasza – "
Andrzej stój, to koniec wyprawy!".
- Powszechnie używany środek do transportu ludzi – tutejsza taksówka, czeka na właściciela. ---
Obróciłem się i zobaczyłem za chwilę jego tylne koło, przerzutka
wkręcona w szprychy. To same zdarzenie miało miejsce podczas naszej
rowerowej eskapady wokół Sardynii w roku 2010. Pora było, więc wymienić
przerzutkę z Sardynii na albańską. Trochę mnie to ubawiło, zwłaszcza, że
nie dotyczyło mnie. Trudno było się dogadać po albańsku, ale
znaleźliśmy miejsce, w którym "reparim" rowery.
- Na ścianie widoczny napis "SERVIS" – trudno nie znaleźć. ---
Tania metalowa przerzutka miała teraz za zadanie pociągnąć dalej naszą
wyprawę. Stawiała opory, więc wymieli również linkę i przy okazji
pękniętą szprychę, nową dałem ze swoich zapasów, bo takowej nie mieli. W
sumie chcieli 1000 leków, cos około 31 złotych, więc Łukasz był bardzo
zadowolony, że tak tanio, na Sardynii zażądali kiedyś 35 euro. Po
wyjeździe z miasta przerzutka przestała działać, kompan jechał na jednym
przełożeniu, ale nie chciało nam się już wracać, zwłaszcza, że
obiecałem mu, że to wyreguluję.
Wyregulować się jednak nie dało, działały trzy przełożenia z ośmiu, no,
ale poruszaliśmy się do przodu, co w tej chwili było
najważniejsze.Wieczorem odnaleźliśmy się w Gjirokaster, liczne uliczki
są bardzo strome stąd zwane jest "Miastem Tysiąca Schodów", to miejsce
urodzin byłego albańskiego prezydenta Envera Hodży. Nocleg zapewnił nam
zdewastowany hostel wystawiony na sprzedaż – 1000 leków od osoby, za to
można było zmyć brud i pot, a wieczorem udać się na malownicze uliczki
miasta.