22 czerwiec 2012 138 km 2500 M POD GÓRKĘ
Przede mną bardzo
ciekawy dzień pełen niespodzianek. Początkowo droga wiedzie górskimi
graniami, zapewniając wspaniałe widoki. Wokół przestrzeń i morze
pagórkowatych szczytów, skąpanych w zieleni. Co jakiś czas jak rodzynek w
cieście rzucona mała wioska złożona z kilku zabudowań. Jedzie się
wspaniale, robię przerwę na śniadanie na jednym z zakrętów, podziwiając
krajobraz. Zupka zagotowana na gazie smakowała wyśmienicie. Pogoda
dopisuje, a liczne źródła przy drodze pozwalają się schłodzić. Przed
dojazdem do Sjenicy mijam Sjenickie jezioro, przy brzegach pełno
wędkarzy. Droga wije się malowniczo wokół koryta rzeki, cudowne widoki i
co najważniejsze ciągle zjazd, nie trzeba wkładać dużo siły w
poruszanie się naprzód.
W
miasteczku uzupełnianym zapasy napojów i zaraz potem po wyjeździe z
niego, nad brzegiem rzeczki pora na dłuższą pauzę. Piorę przepocone
rzeczy i robię odświeżającą kąpiel. Przekąszam też, co nieco. Janka nie
widać, więc postanawiam nadal jechać dalej sam. Kierując się na
Prijepole, opuszczam asfalt, zaczyna się szuter, nie wiem jeszcze, co
mnie czeka. Jadący z naprzeciwka stary Moskwicz zwrócił moja uwagę.
Starszy kierowca mijając mnie zasalutował, ja oczywiście odpowiedziałem
podobnie. Dopiero potem wiedziałem skąd taki szacunek. Droga prowadziła
do wsi Kraula, gdzie na pagórku można było podziwiać nowy meczet.
Dalej
zaś rozciągał się Kanion Milesevka. Początkowo zjeżdżałem w dół, ale
potem już prowadziłem rower, bo szkoda mi było hamulców. Szutrowa wąska
droga schodziła ostro w dół licznymi serpentynami. Doszedłem do koryta
rzeki mijając kolejna wioskę.
Następnie
miarowo pchając rower wdrapałem się na przeciwległy stok kanionu.
Miałem zaprawę przy zdobywaniu w podobny sposób w kraju szczytu Pilsko,
więc nie stanowiło to dla mnie jakieś nowości i specjalnego wyzwania.
Wspaniałe widoki i liczne źródła pozwoliły zachować dobry nastrój.
Tubylcy zatrzymywali się i patrzyli z niedowierzaniem na mój objuczony
rower.
Za przełęczą na wysokości
1200 m. n. p. m pokazała się kiepska asfaltowa wąska droga wiodąca
wzdłuż licznych zabudowań. Wokół góry, góry i góry, jak na wzburzonym
morzu i ja na swym małym stateczku. GPS pokazał, że niestety musze ją
opuścić, co uczyniłem niechętnie. Wjechałem na polanę, gdzie rozwidlało
się sześć dróg i trochę mi czasu zajęło by znaleźć tą właściwą. Okazała
się najmniej uczęszczaną i trochę zarośniętą. Liczne rozciągnięte
pajęczyny wzdłuż drogi, które musiałem przerywać, świadczyły o tym.
Odebrało mi siły, rzuciłem się do gotowania, chińska zupka musiała
postawić mnie na nogi. Odpocząłem pół godziny, bo byłem nieludzko
zmordowany. Czerwony szlak, którym się posuwałem wrócił po jakimś czasie
na asfaltową dróżkę, jednak asfaltu było w niej coraz mnie i końcu
został tylko szuter.
Za Pusici trzeba zjechać szutrową serpentyną, składającą się chyba z 50
zakrętów do koryta rzeki Mileseva, niezapomniane wrażenie i pełno kurzu
w płucach. Dotarłem w końcu do Monastyru Mileseva. Niestety w pobliżu
żadnego sklepu, szybko więc opuściłem to miejsce po zrobieniu paru
fotek. Do Prijepole rzut beretem, uzupełniam zapasy w sklepie. Janek
melduje, że jest gdzieś przed granicą na drodze nr 12, więc nie bacząc
na zmęczenie postanawiam przejechać jeszcze 30 km. Łapie mnie potężna
górska ulewa i robi się powoli mrok.
Stoję
pod małym daszkiem, jedynym schronieniem w okolicy i spokojnie w
zadumie sączę piwo, poprzednio zapakowane do sakwy. "Bywało gorzej" –
myślę. Po zeszłorocznej zaprawie, gdzie deszcz padał prze pięć dni,
żadna ulewa nie jest mi straszna. Deszcz przeszedł w lekką mżawkę,
ruszam dalej, przejeżdżam przez miasteczka, gdzie pilnie mnie obserwują
siedzący w kawiarniach przy stolikach ludzie, co jeszcze robię o tej
porze na rowerze. Los się ulitował i znajduje zjazd nad rzekę. Jest
ciemno, czołówka na głowie rozświetla teren.
To
koryto rzeki, jak woda przybierze to może mnie zabrać ze sobą. Oceniam,
że nie będzie tak źle i po raz pierwszy rozbijam namiot. Po chwili w
suchych rzeczach spokojnie zasypiam. Cóż za dzień!.
23 czerwiec 2012 89 km
Rano po złożeniu namiotu
jedynym przykrym zdarzeniem, było założenie mokrych zimnych rzeczy na
ciało z poprzedniego dnia, aby szybko wyschły podczas podroży. Robiłem
to już nie raz, tak, że jakoś to "połknąłem". Słonko nieśmiało
wychodziło zza chmur i na granicy z Czarnogórą były już zupełnie suche.
Czarnogóra
kraj, w którym dziwnym trafem walutą jest euro, którą miałem w
portfelu. Szybkie zakupy, świeże pieczywo, salami i napoje. Zatrzymuje
się przy opuszczonej knajpce. Gotuje wodę i robię ciepłą kawę, świeży
chleb bardzo smakuje.
Ruch na drodze spory, często pchają się na trzeciego, nawet ci z
przeciwka, trzeba uciekać na pobocze, masakra. Trochę pod górę, by
następnie gwałtownie zjechać do Majkowac, tu opuszczam główna drogę,
odbijam na Kanion Tary. Główną atrakcję Parku Narodowego Durmitor
stanowi słynny Kanion Tary; najdłuższej rzeki Czarnogóry (149 km
długości).
Powstały w wyniku erozji rzecznej kanion rozciąga się na 82-km odcinku i
jest najgłębszym kanionem w Europie, a jak twierdzą Czarnogórcy,
drugim, co do głębokości kanionem na świecie po Wielkim Kanionie
Colorado w USA. W niektórych miejscach jego głębokość dochodzi do 1300
m. Robię zakupy i za małym krzaczkiem trochę odpoczywam. Przerzucam przy
okazji tylną oponę na przód, bo zauważyłem na niej lekkie rozcięcie i
nie chciałem ryzykować, z tyłu mam większy ciężar. Podziwiam spokojnie
uroki kanionu, po drodze w źródełku uzupełniam zapasy wody. Dopływ Tary
Bistrica powoduje, że trzeba objechać duże zakole. Po drodze restauracje
i motel, ale jakoś nie dałem się skusić.
Dopiero
jak zobaczyłem Camping, gdzieś 2km przed Dobrilovina, zjechałem z
drogi. Był pusty. Cena 3 euro i odpowiedź, że maja piwo odebrała mi
chęci na dalszą podróż. Piwo po 1,5 euro i jeszcze musiałem dopłacić 1
euro klimatycznego, ale przeżyłem. Umyłem się dokładnie cały i
zagotowałem zupkę, potem do wieczora raczyłem się piwem, podziwiałem
przy tym refleksy zachodzącego słońca na okolicznych zboczach.
24 - 25 czerwiec 2012 118 km
Przede mną dzisiaj kolejna
atrakcja Zabljak takie nasze Zakopane. Pozbierałem się rano i nadal
podziwiając Tarę, która płynęła gdzieś nisko pode mną powoli zbliżałem
się do słynnego mostu.
Wybudowany przed II Wojną Światową betonowy Most Đurđevića do dziś
zachwyca wielkimi łukami przecinającymi w poprzek Kanion Tary. W owym
czasie, most należał do największych tego typu konstrukcji w Europie. Ma
długość 365 metrów, a jego wysokość ponad nurtem rzeki sięga 172 m, a
rozpiętość największego łuku 116 m.
Mijam
pędzących w drugą stronę dwóch sakwiarzy, następuje długi, mozolny
podjazd pod Zabljak. Serpentyny wiją się malowniczo, ale jakoś nie chcą
się skończyć. Po 10 km wspinaczki jestem na górze, docieram do knajpy i
zamawiam obiad, a właściwie jem to, co mi zaproponowano. Okazuje się, że
za 8 euro dostałem 500 g mięsa, ale jakoś to pochłonąłem.
Potem
zrobiłem niezbędne zakupy, znalazłem miłą polankę i udałem się na błogi
wypoczynek. W nocy zimno trzeba się było ciepło ubrać. Nazajutrz
odwiedziłem w Zabljaku Crno Jeziero, takie nasze Morskie Oko.
Jechałem
przez opuszczony Camping i w ten sposób udało mi się minąć kasę na
drodze i zaoszczędzić 3 euro wstępu. Jeziorko niczego sobie, w dali
rysują się szczyty gór. Nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce będę je
zdobywał i nabiorę niezłej wysokości. Žabljak jest Turystycznym centrum
Durmitoru, niewielkie miasteczko u podnóża gór, ponoć zawdzięczające
swoją nazwę niezwykle głośno kumkającym żabom, które upodobały sobie
pobliski strumień. Wieczorem ten dźwięk wypełnia całą dolinę. Sam
słyszałem jak głośno kumały "Hvala, hvala", co po naszemu znaczy -
dziękuje. Niektórym kibicom Zabrze również kojarzy się z tymi płazami,
więc moja obecność była tutaj całkowicie uzasadniona.
Pora było ruszyć dalej po chwili zadumy na ławeczce nad jeziorem,
przede mną Park Narodowy Dumitor, gdzie leży jedno z wyższych pasm Gór
Dynarskich, położone w Czarnogórze, pomiędzy dolinami źródłowych potoków
Drinyi Pivy na południowym zachodzie i Tary na północnym wschodzie.
Kieruje się na przełęcz na wysokości 1907 m n p m, piękna widokowa
trasa, wokół góry, dużo zieleni i pasące się stada owiec. Zatrzymuje się
samochód i pytają, dokąd tak samotnie jadę. W rozmowie okazuje się, że
mój kompan jest jakieś cztery godziny przede mną, wiec nie ma szans go
dogonić. Na przełęcz końcówka to parę serpentyn.
Pamiątkowe zdjęcie u góry. Liczni mijający mnie motocykliści
pozdrawiają i życzą udanej drogi. Na trasie spotykam też Polaka z
Gdańska, jest tu na wczasach i odpoczywa na górskich rowerowych
wycieczkach. Porozmawialiśmy z pół godziny w ojczystym języku, zbierałem
informacje o Albanii, która znał ze swoich wojaży. W Trsa zatrzymuje
się na obiad, bar jest przy drodze, są nawet domki za 10 euro do
wynajęcia. Jak zwykle wciskają mi 500g mięsa, bo kelner twierdzi, że nic
innego nie, choć widzę, że obok jedzą mielone. Na chleb, jako dodatek
za 0,5 euro nie dałem się już nabrać i kazałem go zabrać. Tym razem
całości mięsa nie zdołałem zjeść, reszta powędrowała do sakwy. Następuje
przyjemny zjazd, okraszony licznymi tunelami i wspaniałymi widokami na
jezioro Pivsko.
To chyba obowiązkowy punkt do przebycia dla wszystkich, którzy chcą
podziwiać piękno Czarnogóry. W Plużine uzupełniam zapasy napojów i po
kolejnej wspinaczce i tunelu znajduje miłą, ustronna polankę, gdzie po
rozbiciu namiotu delektuje się zakupionym wcześniej browarem.