Po 17 godzinach podróży wysiedliśmy w Skopie,
rowery i bagaże wylądowały na chodniku. Nastąpiło szybkie pakowanie i
wyskoczyła pierwsza awaria, pękł drut odchylający klocek przy hamulcu.
Szukanie sklepu rowerowego trochę nam zajęło tak, że dość późno
ruszyliśmy w kierunku jeziora Mawrowo, naszego celu na dzisiaj. Upał
stawał się nie znośny, jechaliśmy przez muzułmańską część Macedonii i
trwający Ramadan sprawiał, że w sklepikach i barach nie było dostępne
piwo, które by nas orzeźwiło.
Dopiero
na obrzeżach Gostiwaru znalazłem sklep prowadzony przez Serba, po
chwili na tyłach raczyłem się zimnym napojem. Żeby dostać się nad
jezioro czekał mnie długi podjazd, ruch był umiarkowany, temperatura
otoczenia stawała się z upływem godzin dnia coraz znośniejsza.
Jechałem sam, zgubiłem moich kompanów, nad jeziorkiem znalazłem polankę, rozbiłem namiot i wziąłem kąpiel w zimnej wodzie.
Spało się wyśmienicie, reszta została gdzieś za miastem Gostiwaru, odkładając sobie podjazd na dzień jutrzejszy.
Marcel z Justyna zaatakowali Teeth, popularnej
górskiej miejscowości tłumnie odwiedzanej przez turystów, nam jednak nie
chciało się jakoś ciągnąć obładowane rowery po szutrowych drogach i
wybraliśmy hotel nad brzegiem jeziora Shkodre, oczekując na ich powrót,
by potniej znów razem ruszyć dalej. Klimatyzator nastawiony na 21 stopni
skutecznie izolował nas od ukropu sięgającego 40 stopni na zewnątrz.
Nazajutrz
wypoczęci ruszyliśmy w kierunku kolejnej albańskiej atrakcji – promu na
rzecz Drin. Spaliśmy na kempingu przed zaporą w Koman, kemping po 700
leków, jest bar na miejscu no i można wziąć prysznic. Koło zapory
prowadzi tunel, który wychodzi na miejsce cumowania promu, starej barki,
pośrodku której nałożono miejsca z autobusu łącznie z jego dachem i
oknami. Dosyć egzotycznie, prom odbija między 9 a 10, czas tutaj nie gra
roli, za rower i osobę biorą 1000 leków, biletu nie dają.
Podziwiamy
krajobrazy, co chwila przybijamy do brzegu, a to ktoś wysiada, a to
znów wrzucają jakieś paczki, które wyrzucają na następnym postoju.
Tego dnia sporo było podjazdów i zjazdów wzdłuż malowniczych wzgórz w dole rozciągały się wioski rozpostarte nad brzegiem rzeki. Pod wieczór dotarliśmy do przydrożnego baru, gdzie pokrzepiliśmy się zimnym piwem, wydając już dosłownie wszystko. Nocleg znaleźliśmy nie opodal w krzakach, obozowisko rozbite pomiędzy dwoma Hotelami, co stwierdziliśmy nazajutrz rano, właściciele nie byli by zadowoleni.
Poprzedniego dnia zwiedzaliśmy Butrint, w
starożytności istniała tu osada iliryjska (według mitu założona przez
uciekinierów z Troi), przekształcona w VII wieku p.n.e. w grecką kolonię
i miasto portowe.
Wstęp 700 leków, warto jednak zobaczyć to miejsce i zatopić się w
antyczne klimaty. To najdalej położony na południe cel naszej wyprawy, z
brzegu widać grecką wyspę Kos. Kierujemy się na północ w kierunku
Tirany, bokiem mijamy Sarande, omijając ostre podjazdy do miasta, przed
nami górzysta droga z licznymi podjazdami w kierunku Himare.
Po raz pierwszy spada mały deszcz, jednak równie szybko się wypogadza.
Plażujemy się i kąpiemy w morzu, arbuz gasi nasze pragnienie. Po
zjedzeniu obiadu ruszamy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Znowu trafia
się opuszczona baza wojskowa, namioty rozbite na płaskich obszarach po
stanowiskach artyleryjskich, również tutaj we skałach opuszczone
betonowe tunele. Baza stanowiła ochronę łodzi podwodnych, na tle tafli
morza widać było betonowe wrota, które prowadziły do wnętrza zbocza, tam
chroniły się jednostki przed okiem wroga.
Tirana
otrzymała w latach 1950 i 1960 nieodpłatnie 10 sowieckich okrętów
podwodnych, które stacjonowały w bazie w Vlore. Operowały one na Morzu
Śródziemnym, Adriatyku i Morzu Jońskim. Większość ich załóg stanowili
wówczas marynarze sowieccy.