19 czerwiec 2012 135 km 3100 M POD GÓRKĘ
O drugiej w nocy wypakowaliśmy nasze rzeczy z
rejsowego autobusu na stacji benzynowej gdzieś w Sarajewie. Ludzie z za
okien autokaru trochę z niedowierzaniem patrzyli na nas, czy aby na
pewno wiemy, co robimy. Ruszyliśmy Aleją Snajperów, podziwiając nocne
życie miasta. W centrum nadal widać na niektórych budynkach ślady zmagań
wojennych.
Kierowaliśmy się na Pale i wkrótce za miastem trzeba było po raz
pierwszy pokonywać długi podjazd. Trasa zaznaczona na mapie, jako
widokowa, więc czekaliśmy, kiedy wzejdzie słońce. W Mokro odpoczynek
przed sklepem, jest bankomat, więc wybieramy pieniądze.
Po 40 km byliśmy już na wysokościna wysokości na
1300 m. n. p. m. Zobiło się słonecznie, ciepły dzień, bez problemów
docieramy do Rogaticy, gdzie za 2 euro jemy w cieniu drzewa pierwszego
burika.
Pora było wypocząć, wpadliśmy na wspaniały pomysł skrócenia sobie drogi do Visegradu. Nie była to najlepsza decyzja, błądziliśmy po okolicznych wzgórzach, parę razy pytając o drogę.
Trafiliśmy na roboty drogowe i trzeba było prowadzić rower 2 km, bo świeży asfalt lepił się do kół. Na koniec po raz trzeci byliśmy na 1300 m. n. p. m..... potem nastąpił zjazd potężną serpentyną do miasta, gdzie bezskutecznie szukaliśmy pola namiotowego, a ceny w motelach nie były zachęcające ( 20 euro od osoby ).
W końcu za miastem znaleźliśmy niezłe miejsce na nocleg. Nie rozbijałem nawet namiotu, było ciepło, więc nie chciało mi się, byłem potężnie zmęczony.
20 czerwiec 2012 86 km
Rano
Janek straszył mnie mapą, gdzie zaznaczony był 22 % podjazd. Pobudka i
jedziemy drogą wzdłuż rzeki, stosunkowo płasko. Zatrzymujemy się na
porannej kawie w przydrożnym barze, żeby trochę dojść do siebie. Zostało
nam trochę kasy, zbliżamy się do granicy z Serbią, więc w sklepiku w
Prosjek wydajemy wszystko, kupując napoje konserwy rybne i andruty.
Przed nami monastyr Dobrun. Rozdzwaniają się wszystkie dzwony jakby na
nasze powitanie. Przechodzimy mostkiem na drugi brzeg i podziwiamy
wewnętrzne monastyru. Potem schodzimy nad brzeg i wykonujemy poranna
toaletę z goleniem włącznie. Na granicy bez problemów. Wspominany na
początku podjazd okazał się tunelem i po kłopocie.
Podziwiamy
Park Przyrody Mokra Gora, wkrótce następna atrakcja, przejażdżka
kolejką wąskotorową. W miejscowości Mokra Gora 100m od głównej drogi
jest stacja początkowa. Za 600 dinarów oferują 2 godzinną przejażdżkę po
okolicznych wzgórzach. Na miejscu jest oddział banku, gdzie można
wymienić euro, ale prawie przerwa wakacyjna. Wymieniamy, więc euro w
kasie i na rogu w sklepie pamiątkarskim, jak nam poradzono. Małe piwko
przed podróżą, w tutejszej restauracji za 120 dinarów ( 112 = 1 euro).
Rowery zostawione pod drzewem w cieniu, pod okiem bileterów.
Pierwszy odjazd o 10: 30, okazuje się, że 5 wagoników jest prawie w
całości zapełnionych pomimo powszedniego dnia. Janek kupił bilet tylko
dla siebie, ale bez problemu kupuje go u konduktora na trasie, całe
szczęście, że wymieniłem euro. Pociąg pnie się miarowo w górę,
przejeżdżając liczne tunele. Zatrzymuje się na stacyjkach i konduktor
ogłasza 10 minut przerwy na robienie zdjęć, prawdziwy folklor. Wracamy,
rowery stoją nietknięte. Teraz kierunek KUSTURICA i jego słynne
miasteczko. Wchodzimy za 200 dinarów, wprowadzając rowery do środka.Z
wiedzamy
okoliczne domki, Janek popisuje się wiedzą o eksponatach, tłumacząc, z
jakich filmów pochodzą. Południe, pora na posiłek. Wcinamy pyszny gulasz
za 500 dinarów do tego piwko tu już po 150 dinarów. Upał doskwiera, a
przed nami niezły podjazd na wysokość 870 m do tunelu Sargan o długości
ponad 700m.
Po
drodze występują liczne źródła wody, gdzie niezwłocznie się moczymy w
całości i napełniamy bidony. Następuje przyjemny zjazd, na który dawno
czekałem. Robi się płasko i przyjemnie. Zjazd do Uzice to jest zupełny
odlot. Prze chwilę szukamy w mieście campingu, przy okazji wymieniamy
euro w licznych tutaj "wymienialnicach". Po zakupach niezbędnych do
życia płynów i żywności ruszamy jednak dalej. Nadal w dół i płasko.
Głowna droga do stolicy - Belgradu, duży ruch, trzeba uważać. Przy
drodze ciągle zabudowania, trzeba ją opuścić, by znaleźć miejsce na
nocleg. W końcu rozbijamy się na polnej drodze. Janek był pełen obaw czy
nie przejedzie nas sławny autobus z filmu, " Kto tam śpiewa" - 5
kwietnia 1941 roku, zabawna historia kilku niezwykłych postaci
podróżujących autobusem do Belgradu (dwaj Cyganie, wojenny weteran,
nazista, piosenkarz, gruźlik) i spotykających na swej drodze nie mniej
interesujące osoby...
W nocy okazało się, że rozbiliśmy na terenie zajmowanych przez rodzinę
sów. Przez całą noc krążyły nad naszymi namiotami wydając ostrzegawcze
dźwięki, ciężko było zasnąć. W oddali słychać było próby kapeli
przygotowującej się na Gucę, do której jutro mieliśmy dotrzeć. To piękna
muzyka, trąbkarz zasuwa, że aż wszystko podskakuje.
21 czerwiec 2012 71 km
Rano
sowy już dawno spały. Przez chwilę jechaliśmy główną drogą nr 5, by w
końcu skręcić na Gucę. Ruch samochodów wyraźnie osłabł no i droga
gorszej jakości, ale nadal cały czas płasko. Dojeżdżamy do Lucani, gdzie
tradycyjnie poranna kawa w barze i przegląd prasy, sprawdzamy wyniki
meczów. Przed Gucą znajdujemy piękne miejsce pod mostem, kąpiel w zimnym
potoku dobrze nam robi. Odświeżeni możemy wjechać do pustego miasta.
Festiwal dopiero przed nimi, przybędzie tysiące miłośników trąbki.
Większość restauracji i punktów gastronomicznych jest otwarta tylko w
czasie festiwalu. Przez resztę roku kilkutysięczna Guca to zwykłe
prowincjonalne miasteczko. Czarodziejski dźwięk trąb przemienia
urbanistycznego kopciuszka - na pięć dni staje się stolicą Serbii, a
może i całych Bałkanów.
Miasteczko opanowuje kilkadziesiąt orkiestr dętych. Grają w nich
najczęściej Romowie, których Serbowie, zwykle bez cienia dyskryminacji,
nazywają Cyganami i niezwykle cenią, jako muzyków. Robimy fotki przy
pomniku trębacza. Janek znajduje stylową knajpkę, gdzie przy muzyce jemy
obiad i czekamy, aż upał trochę zelżeje.
Późnym popołudniem ruszamy dalej, zaczynają się podjazdy, pniemy się
miarowo w górę. Podczas zjazdu do Ivanicy łapie gumę, a za chwile robi
się ciemno. Janek jakiś nerwowy, za miastem znowu trzeba się wspinać pod
górę, rozglądamy się za noclegiem. Nie spodobało mi się miejsce na
nocleg wybrane przez niego, trzeba było ostro schodzić w dół i
pojechałem dalej sam. Wkrótce znalazłem piękne miejsce, znowu spałem na
nierozbitym namiocie obok pola krzewów malin powszechnie tu uprawianych.